Czy w Mozambiku jest bezpiecznie?

Gdzie leży granica?

Mozambik mimo że stanowi jednolity kraj, to dzielony jest na część północną i południową. Ta południowa uchodzi za bardziej cywilizowaną, bogatszą i bezpieczną. Z kolei biedniejsza północ jest mniej popularna turystycznie oraz różne są poglądy co do bezpieczeństwa w tamtych rejonach i ich stabilności politycznej (partyzanci RENAMO). Zwykło się też przyjmować, że część północna to tereny na północ od miasta Beira – a przynajmniej tak określają to wypożyczalnie samochodów, które różnicują koszty ubezpieczeń w zależności od części Mozambiku którą chcemy zwiedzić. Tak więc czy w Mozambiku jest bezpiecznie? Wygląda na to że zależy gdzie…

Granica Zimbabwe/Mozambik

Przekraczając granicę pomiędzy Zimbabwe i Mozambikiem wydawało się nam, że ostatnia trudność wyjazdu za nami i dalej czeka tylko większa cywilizacja, rajskie  plaże i fantastyczne nurkowania. Na przejściu granicznym w Mutare nie spotkało nas nic nadzwyczajnego. Fakt że byliśmy jedynymi białymi w kolejce kilkudziesięciu oczekujących na przejściu, wbrew naszym pierwszym przypuszczeniom, ułatwił zadanie. Wyłowiono nas z tłumu, zaprowadzono gdzieś poza kolejnością, zrobiono zdjęcia, do paszportu wklejono całkiem profesjonalnie wyglądające wizy i po standardowej obiegówce kilku okienek byliśmy w Mozambiku. Droga do Manica okazała się całkiem dobrej jakości, a w miasteczku bez problemów skorzystaliśmy z bankomatu i napiliśmy się przyzwoitej kawy. Poranek zaczął się obiecująco…

Droga na południe

Ponieważ mieliśmy zamiar dojechać do Vilanculos nie zwlekaliśmy z kontynuacją jazdy. Niestety, już pierwsze kilometry okazały się koszmarkiem. Główna droga prowadząca na wschód do Beiry była w remoncie, więc w tumanach kurzu lawirowaliśmy pomiędzy próbującymi nas staranować ciężarówkami, pracownikami chińskich korporacji budujących drogi w Mozambiku i gigantycznymi dziurami. Zmęczeni dotarliśmy do Inchope gdzie z nadzieją skręciliśmy na południe. Faktycznie asfalt jakby się poprawił a co ważniejsze praktycznie zniknął ruch samochodowy. Kontynuując jazdę przez kolejną godzinę nie spotkaliśmy na drodze właściwie nikogo prócz paru lokalsów z osiołkami. Nie zaprzątaliśmy sobie jednak tym głowy i nadrabiając stracony wcześniej czas gnaliśmy na południe. W pewnym momencie zobaczyłem we wstecznym lusterku biegnącą postać, która ewidentnie machała w naszą stronę, ale uznaliśmy że nie mamy czasu na autostopowiczów i chcemy przed zmrokiem dobić do Vilanculos.

Colona?

W końcu dobra passa się skończyła. Droga zablokowana, a na drodze wojsko. Chłopaki były dość obcesowe i wyraźnie zdziwione naszą obecnością. W potoku portugalskich słów których nie rozumieliśmy dosyć często padało słowo ‚colona’. Przeczuwając problemy pozostało nam rżnać głupa i z niewinną miną nic nie rozumiejącego turysty czekaliśmy na rozwój wypadków. Na migi i przy użyciu paru słów rozpoczęliśmy konwersację. Było jasne że nie powinno nas tu być i że dalej nie możemy jechać. Sylwetka biegnącej za autem postaci to prawdopodobnie ktoś kto nas miał zatrzymać ale siedząc w cieniu przegapił moment.

‚Uno caro no’ – to było pierwsze co zrozumieliśmy. OK – a więc pojedyncze auto nie może i trzeba jechać z kimś. Pytamy więc na migi czy jak przyjedzie kolejne auto to wtedy będzie dobrze. „No –  colona’ brzmi odpowiedź. ‚To może mamy jechać z wami?’ gestykulujemy dalej wskazując tym razem na żołnierzy? ‚No – colona’ słyszymy znowu. Zaczęło nam świtać że przejazd jest możliwy jedynie w jakiejś specjalnej grupie (kolumnie) tyle że nie mogliśmy dociec jak stać się jej częścią. Wreszcie po kolejnych ‚dyskusjach’ wiemy! Wiadomości są cokolwiek średnie. ‚Colona’ jedzie teraz z naprzeciwka, a jedyne co my możemy zrobić to odsunąć się na bok i kontynuować podróż nazajutrz, kiedy to ‚colona’ będzie wracała.

Z facetami z kałachami w rękach nie ma dyskusji. Czekamy na przejazd ‚colony’ ale w międzyczasie próbujemy ugrać wolny przejazd dla nas jak już to coś nas minie. W sumie przyznają rację że można byłoby i każą czekać. Wreszcie jest! Zaczęło się od wozu opancerzonego na czele z karabinem maszynowym w którym jechał dowódca kolumny. Wyskoczył z pojazdu, przyjął służalcze saluty od żołnierzy i naskoczył na nas. Niewiele rozumieliśmy ale na pewno chciał pieniędzy i dołączenia do jego kolumny. Ponieważ trwaliśmy w zamiarze jazdy w przeciwnym kierunku w dalszym ciągu graliśmy turystów – idiotów 🙂 Wreszcie dowódca gdzieś poszedł a kolumna ruszyła. Przejeżdżali pół godziny – kilkaset aut ciężarowych, osobowych i autobusów. Wokół nich krążyły wojskowe jeepy jako uzbrojona eskorta. W końcu kolumna odjechała a my wróciliśmy do pytań czy aby na pewno możemy teraz kontynuować podróż na południe. Było już późno ale ostatecznie pojechaliśmy.

Save

Save tym razem nie oznacza bezpieczeństwa 🙂 Save to rzeka. Po kilkunastu minutach zadowolenia że przejechaliśmy i konstatacji że mamy cień szansy na dotarcie do celu przed zmrokiem przyszła kolejna refleksja. Skoro są zapory kontrolne na jednym końcu trasy kolumny, to zapewne na drugim możemy się spodziewać tego samego. Patrząc na mapę sprawa stała się oczywista: most na rzece Save. Mówisz i masz: po kilkudziesięciu kilometrach wojsko na drodze, pytające spojrzenia i znowu ‚colona’ 🙂 Tym razem Panowie byli mniej uprzejmi i mimo drobnych prezentów trzymali nas długo w niepewności. Wreszcie ktoś o czymś zdecydował i praktycznie o zmroku wjeżdżamy na most. Za mostem jeszcze jedna kontrola i żądanie łapówki. Poirytowani odmawiamy i cierpliwie siedzimy w aucie. Szlaban się otwiera i droga wolna.

Nareszcie – tylko co z tego? Jest już ciemno i jesteśmy zmęczeni. Kontynuowanie drogi jest kompletnie nieodpowiedzialne. Decyzja: wpisujemy hasło ‚camp’ w nawigacji i jedziemy do najbliższego jaki nam wskaże. Boczne drogi, kompletnie ciemno, oczy na zapałkach,  ale jedziemy ufni że znajdziemy miejsce do spania. W końcu jest ale wygląda jakoś dziwnie. Wysoki płot, jakieś baraki, szczeka pies… Podchodzę do bramy i wita mnie strażnik z bronią. Nie możemy tu spać – to camp wojskowy! 🙂 Dalszą część trasy słabo pamiętamy ze zmęczenia. Jakoś dotarliśmy do campingu w Inhassoro. Zjedliśmy w knajpce smażone krewetki, popiliśmy ‚dosz M” i zwaliliśmy się w nasze śpiwory. Ranek przywitał nas bryzą znad oceanu, plażą i pełną cywilizacją.

Wnioski

Taka przygoda sama w sobie nie stanowi w żaden sposób o bezpieczeństwie lub jego braku. W sumie teraz fajnie się pisze, ale trochę strachu się najedliśmy… Informację o tym że na trasie Muxungue – rzeka Save obowiązuje ruch pod nadzorem wojska można było wcześniej znaleźć na jakichś forach w Internecie, bo przewodniki milczą na ten temat. Przeoczyliśmy to, a ten post ma na celu oszczędzenie innym tego typu atrakcji. Czy faktycznie jest jakieś niebezpieczeństwo i czy była to granica północny/południowy Mozambik – do dziś nie wiemy. Niemniej wszystko stało się jasne: kolumna jeździ dwa razy dziennie w każdą stronę i zwyczajnie trzeba być w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. We wrześniu 2016 wyglądało to następująco: kierunek południe 6:00 i 12:00 z Muxungue, a kierunek północ 9:00 i 15:00 z Save. Podobno należy być pół godziny wcześniej.

Tak więc według nas w Mozambiku jest bezpiecznie ale bądźcie przygotowani! 🙂